Szkicownik

Siedziałem tak przez jakiś czas jak cicha mysz pod miotłą, acz po chwili warkot zaczął się oddalać, tak jak ciężkie kroki monstrum. Wkrótce rozbrzmiał kolejny ryk gdzieś daleko. Następny jeszcze dalej, aż wszelkie dźwięki ustąpiły sztormowi i burzy oraz odgłosom mojej krwi uderzającej do mózgu niczym kowal młotem o kowadło.

tagnone

%%rating_decimal%% (0)

ocena: 0+x

%%rating_decimal%% (0)

Kolce kamiennej róży

Prolog

obrazek_PRO.jpg

Mawiano, że oberża „La Vecchia Lampada”, co znaczy po naszemu „Stara lampa”, widziała najważniejsze przemiany Florencji. Dwupiętrowy przybytek usytuowany przy Via Maragliano ponoć od przeszło czterystu lat należał do rodu Fischettich, którzy pokolenie po pokoleniu potwierdzali słuszność niezwykłego zaufania pokładanego w jego przedstawicieli przez społeczeństwo florenckie.

Oczywiście, co budzi zainteresowanie swoją wielkością, przywołuje nie mniejsze zaniepokojenie licznymi — mrocznymi — plotkami. Aby wydobyć jakąś z nich z lokalnego mieszkańca Florencji trzeba jednak sporo się natrudzić, a i tak na koniec rozmowy zawsze padają słowa: „Tylko nie mów nic Donowi Salvatorowi Fischettiemu — aktualnemu oberżyście”. O czym były te pogłoski? Głównie o silnych powiązaniach Fischettich ze światem przestępczym: lokalnym, regionalnym, krajowym, a nawet międzynarodowym, jeśli wziąć pod lupę amerykańskich gangsterów włoskiego pochodzenia, którzy milkli i z aprobatą tylko kiwali głowami, usłyszawszy słowo o tym florenckim rodzie.

W związku z wieloma wojnami na świecie technologia postępowała, z roku na rok świat wyglądał inaczej. Wiosna ludów. Cały świat patrzył w przyszłość i dlatego Bocklin wyszedł ze swojej strefy komfortu. Chcąc pozostawić przeszłość, która już nie istniała, tam, gdzie było jej miejsce, po raz pierwszy od dłuższego czasu, odkąd stracił wszystko, postanowił wyjechać i odpocząć w malowniczej Czarnogórze, acz wpierw — wyjść do ludzi.

Przemykający po zmroku głośnymi krętymi uliczkami późnowiosennej Florencji roku 1879, Szwajcar Arnold Böcklin miał niemały dylemat, dywagując w myślach, czy aby na pewno udanie się na wieczorne piwo w La Vecchii Lampadzie przed wyjazdem nazajutrz do Czarnogóry będzie dobrym pomysłem. Jednakże ku małej jego uciesze wszystkie okoliczne przybytki były zamknięte po godzinie dziesiątej wieczorem, więc, jeżeli chciał się jeszcze przed podróżą napić, wybór mógł paść tylko na lokal przy Vii Maragliano.

Szwajcar wszedł do przybytku, zdejmując swój kapelusz, by nikogo tu nie urazić swoją niepewną znajomością tutejszych zwyczajów. Była to kameralna oberża. Drewniana, wąska klatka schodowa prowadziła do piętro, gdzie znajdowały się pokoje dla gości, a cały parter składał się z czterech pomieszczeń. W jednym skrzydle była podziałka na kuchnię i jadalnię, a w drugim na bar, parę stolików i toalety. Za barem znajdował się bar obsługiwany przez krzepkiego, niskiego mężczyznę z czarnym wąsikiem i białej eleganckiej koszuli. Gdy tylko barman zauważył Arnolda Böcklina, podszedł do niego i wziąwszy od niego płaszcz, powiedział łamaną angielszczyzną, zapraszając do baru:

— Obcokrajowiec mówić wolno i wyraźnie. Barman rozumieć troszkę język angielski.

Z zadowoleniem, że być uda mu się sprawić dobre wrażenie na barmanie, który również był objawem przyszłości (mało który mówił po angielsku; większość cieszyła się toporną znajomością niemieckiego) Böcklin się uśmiechnął i odpowiedział po włosku, że jest Szwajcarem:

Sono svizzero, quindi parlo un po 'italiano.

Barman momentalnie przymknął oczy i rozłożył ręce, jak gdyby dało mu to dużą ulgę, po czym powiedział Böcklinowi, żeby ten dał mu znać, jak tylko zadecyduje, czego by się napił. Dało to Szwajcarowi trochę czasu na zapoznanie się z tym małym, acz słynnym na całą Florencję przybytkiem. Nie było aż tak wielu gości, jak Böcklin spodziewał się spotkać w jedynym tego typu lokalu otwartym po dziesiątej wieczorem. Przy barze siedział sam. Paru mężczyzn samotnie siedziało przy stolikach i piło swoje trunki. Jakaś para siedziała przy innym i cichutko się śmiała i szczerzyła do siebie, nie zważając na nic innego. Wyglądało na to, że kuchnia jest opuszczona o tej godzinie, acz sama jadalnia już nie — przy jednym ze stolików w półmroku drugiej sali siedziała inna postać.

Był to gruby, wysoki mężczyzna po pięćdziesiątce w białym garniturze i z cygarem w ręku. Palił i przy świecy czytał gazety, co jakiś czas popijając czerwone wino. Na moment łypnął na przyglądającego mu się Szwajcara, ukazując pozbawione źrenicy prawe oko i szramę rozcinającą na dwie części górną wargę. Po Böcklinie momentalnie przeszła chmara dreszczy, a instynkt obrócił jego gotujące się w zimnym pocie ciało ku czyszczącemu szklanki barmanowi.

Bocklin niestety myślał więcej niż robił…

— M-mogę prosić kufel lagera?

Barman się uśmiechnął i w ułamku sekundy sięgnął po kufel, po czym nalał do niego piwo z jednej z beczek pod barem, mówiąc:

— Sprowadzony wprost z Monachium, uwarzony na tamtejszym słodzie, acz z dodatkiem naszego regionalnego chmielu. Wyśmienity ma pan gust, panie…

— Böcklin. — Szwajcar potrząsnął dłonią uśmiechniętego barmana. — Arnold Böcklin.

— Miło mi, panie Böcklinie. — Barman postawił kufel przed Szwajcarem. — Pięćset lirów.

Mężczyzna zapłacił barmanowi, po czym przystąpił do kosztowania złocistego trunku o świeżym, chmielowym aromacie. Niestety nie minęło dużo czasu, gdy poczuł na lewym ramieniu pukanie. Gdy się obrócił, wyszło na to, że był to jeden z tych samotnych mężczyzn, którzy siorbali swoje trunki w ciszy pod oknami. Był to młody mężczyzna, koło trzydziestki. Po okularach i ogólnie eleganckim garniturze wychodziło na to, że pochodził z wyższych sfer, acz popielata kolorystyka jego ubioru dawała do myślenia, że nie ma zbyt dobrego wyczucia co tego, jak ubrać się stosownie do pory dnia.

— Dobry wieczór. Mogę panu jakoś pomóc? — zapytał Szwajcar.

— Ch-ch-chciałem powiedzieć… — Mężczyzna zaczął się czerwienić. Jego akcent zdradzał niemieckie pochodzenie. — J-jestem wielkim miłośnikiem pana prac! To, co pan tworzy, jest tak niezwykłym, każdorazowym przejawem geniuszu artystycznego, iż gdy teraz pan potwierdził moje przypuszczenia, które wysnułem, gdy tylko przekroczył pan próg oberży, stwierdziłem, ż-że muszę się przywitać!

— Jest mi bardzo miło i bardzo cieszy mnie, że ceni pan moją twórczość — odparł po chwili zaskoczony Szwajcar. — Niemniej pozwoli pan teraz, że w spokoju wypiję swoje piwo, ponieważ chciałbym kilka spraw przemyśleć w spokoju, a jutro udaję się na wakacje do Czarnogóry.

Niemiec lekko się zdziwił, a jego grymas z ekscytacji przerodził się w zmartwienie.

— Cz-czy m-mógłbym tylko dwie-trzy minuty maksymalnie panu zająć? Zdaję sobie sprawę, że jest pan niezwykle wychwytywanym artystą, więc nie zamierzam wcale dokładać do pana problemów, acz jestem równie mocno przekonany, że zainteresuje pana moja propozycja.

— Panie…

— Alexander Günther. — Niemiec potrząsnął dłonią Szwajcara.

— Herr Günther, nie jestem zainteresowany…

— Jeszcze pan nawet nie…

— Proszę dać mi dokończyć! — podniósł głos Böcklin.

Faktycznie wszyscy zamilkli, acz i wszystkie głowy obróciły się ku Szwajcarowi, spoglądając na niego z srogim wyrazem twarzy. Z jadalni rozbrzmiały kroki, a do pomieszczenia wkrótce wszedł mężczyzna z rozpołowioną wargą i bez prawej źrenicy. Wszyscy odwrócili od niego wzrok, podczas gdy on w milczeniu rozejrzał się po oberży.

— Kto narusza godność mojej oberży?

Szwajcar głośno przełknął ślinę, łypiąc okiem na hak z jego płaszczem. Był gotów stamtąd uciec. Zbyt dużo złego słyszał o Donie Salvatorze Fischettim, by nie zdawać sobie sprawy z powagi tego, co się teraz dzieje. Był gotów rzucić wszystko i biec. Pędzić ku swojemu mieszkaniu, zabrać walizki i czym prędzej uciec z Florencji. Tak bardzo przerażało go to, co dowiedział się o Fischettim, który teraz spojrzał na niego spod byka.

— Jeśli ktoś ma burdę do załatwienia, dam mu pistolet i niech załatwi to na zewnątrz. Tutaj nikt nie będzie nikogo krzywdził, chyba że ja tak zadecyduję. Czy to jasne, goście?

Wszyscy łapczywie kiwnęli głowami. Fischetti popatrzył dłużej na Szwajcara, dając mu do zrozumienia, iż wie, że to on odpowiada za te krzyki, po czym wrócił do jadalni. Nie chcąc nadużywać cierpliwości oberżysty, Szwajcar wyszeptał do Günthera:

— Ma pan dwie minuty. Potem idzie pan w swoją stronę i przestaje zawracać mi głowę.

Alexander Günther lekko zaskoczony szybko się pozbierał i z uśmiechem zajął miejsce przy barze, obok Böcklina:

— Chciałem tylko powiedzieć, że pańska „Idylla” czy „Włoski krajobraz” napawają mnie odczuciami niezwykłego…

— Herr Günther! — przerwał mu Szwajcar. — Do rzeczy, proszę.

— Zatem… — zaczął lekko zbity z tropu Niemiec. — Po prostu jestem gotów zapłacić fortunę. Naprawdę… Kupi pan sobie całą willę we Florencji, w Mediolanie, w Wenecji, w Rzymie… W kilkunastu miastach całej Europy będzie miał pan willę. Jedyne, czego chcę, to, żeby namalował pan dla mnie obraz. Nie powiem panu jaki. Pozostawiam to całkowicie panu. Po prostu jako pański wielki miłośnik jestem bardzo zafascynowany każdą pana pracą i choć jedną chciałbym mieć tylko dla siebie.

Günther, Barman, Fischetti i Böcklin wszyscy byli więźniami nie okoliczności zewnętrznych, a swoich własnych wyborów, które ukształtowały sytuację, w jakiej się znaleźli.

— Herr Günther, niezmiernie cieszy mnie to, że moja twórczość wywarła na panu taki efekt. Dlatego też będę z panem całkowicie szczery. Otóż, jak wspomniałem, nazajutrz wyjeżdżam na kilka tygodni do czarnogórskiej miejscowości Lepetane, lecz nie tyle w celu wypoczynkowym, ile po to, by odzyskać natchnienie do malunku, postawiwszy sztalugę nad malowniczą Zatoką Kotorską. Nie mogę zatem przyjąć pańskiej bardzo hojnej oferty, albowiem w chwili obecnej nie umiałbym się z niej wywiązać. Skoro zatem mamy to za sobą, pozwoli pan, że pożyczę panu miłego wieczoru, a sam w spokoju dopiję swoje piwo.

Przez chwilę Niemiec przytakiwał milcząco, tracąc z twarzy grymas ekscytacji. Zamiast jednak odejść od baru, po kilku sekundach Günther zagaił jeszcze:

— Z pewnością możemy się jednak umówić, że kiedykolwiek nie stworzy pan kolejnego obrazu, to ja stanę się jego właścicielem?

— Próbuję coś panu przekazać z jak największą kurtuazją, ale najwyraźniej w ogóle nie pojmuje pan co.

— Chodzi o to, panie Böcklin, że… wiem, jaka tragedia pana spotkała…

Szwajcar odstawił kufel od ust. W jego sercu pojawiło się wspomnienie tragedii. Milcząco spojrzał na Niemca, czując, jak rośnie jego podenerwowanie.

— …Sam autoportret, gdzie śmierć gra na skrzypcach, jest taką jakby ekspresją tego, że przemijanie stanowi część pańskiego życia i że w jakkolwiek trudnej mentalnie sytuacji by się pan nie znalazł, to malowanie daje panu możliwość wyrażenia tego, co boli. Wyciągnięcia tego z serca i nadanie temu bytu. To dlatego właśnie pańskie malowidła budzą takie emocje. One… dosłownie pochodzą z pańskiego serca i za to pana tak cenię. Dlatego…

Böcklin uderzył pięścią w bar i wysyczał przez zaciśnięte zęby:

Sytuacja, w jakiej znalazł się Böcklin, może i była spowodowana przez okoliczności zewnętrzne, ale to świadomość tego, że może podejmować własne decyzje, pozwoliła mu czuć pewnego rodzaju kontrolę w swoim życiu. Dawno przestał być więźniem okoliczności; stał się panem własnego losu, i to dało mu niezwykłą siłę.

— Nic o mnie nie wiesz!

Niemiec odskoczył od baru z wyrazem zażenowania sobą na twarzy. Cała oberża patrzyła na Szwajcara, do którego teraz zaczynało docierać znaczenie tego, co zrobił. Z jadalni ponownie wyłonił się Salvatore Fischetti. Był wściekły. Położył rękę na prawym biodrze, pod którym chybotał pistolet. Przez Szwajcara przeszła seria spazmów, dając mu do zrozumienia, że swoim zachowaniem właśnie zrobił sobie wroga w najpotężniejszym człowieku w okolicy. Człowieku, którego słuchali nawet karabinierzy.

— Masz wybór. — Don Fischetti zbliżył się do drżącego ze strachu Böcklina. — Albo zapłacisz wszystkim tu obecnym gościom za zrujnowanie ich wieczoru…

Szwajcar miał pieniądze, ale nie miał ich przy sobie. Zimny pot opatulił jego ciało, a jego zęby zaczęły zgrzytać, podczas gdy czerwieniące się oczy wędrowały po drżących porach twarzy Dona Fischettiego gotowego do wyciągnięcia pistoletu.

— To moja wina, Donie Fischetti. To ja sprowokowałem tego człowieka swoją natarczywością — syknął Günther. — Ja…

Pewne rzeczy nie lubią przyszłości. Niektóre osadzone są w przeszłości. Tak głęboko, że ich wyplewienie było niczym projekt historyczny. Problemem wszystkich tu zebranych było, że patrzyli w przyszłość, nie zdając sobie sprawy z wagi przeszłości. Bocklin znał ją zbyt dobrze i wielokrotnie widział brutali i słabeuszy, którzy weszli po raz enty do tej samej rzeki.

Mężczyzna podszedł do Niemca i przysadził mu potężnego łupnia pod żebra, sprawiając, że ten upadł na podłogę.

— Nigdy nie próbuj mi powiedzieć, że się mylę. Więksi i potężniejsi od ciebie już za to odpowiedzieli swoim życiem, nie wiedząc, kiedy trzymać język za zębami, a ty, Szwajcarze… — Włoch spojrzał na Böcklina i wyciągnął ku niemu otwartą rękę. — Osiem tysięcy lirów za zrujnowanie atmosfery w La Vecchii Lampady.

— Ekhem — rozbrzmiało od wejścia.

— Czego?! — Don Fischetti się odwrócił. Momentalnie cały się zmienił. Zbladł. Zaczął się trząść i pocić, patrząc drgającymi wargami na czterdziestoparoletniego mężczyznę, który właśnie wszedł do oberży.

Był to brytyjski dżentelmen, jeśli spojrzeć na odzienie. Ubrany we frak i z cylindrem, wizerunek zupełnie nieodpowiadający klasie przybytku. Wizerunek najwyższych sfer. Mężczyzna miał neutralny wyraz twarzy. Wydawał się typowym rozpieszczonym szlachcicem, jakimś lordem, ale jednocześnie drzemało w nim niezwykłe bogate doświadczenie. Drzemało w nim doświadczenie wielkiego cierpienia, a jednocześnie działał niczym magnes, przyciągając uwagę wszystkich innych dookoła.

— Doktor Edgar Williams! — wymamrotał łamliwą angielszczyzną Don Fischetti, ruszając ku dżentelmenowi, by osobiście zdjąć mu płaszcz i kapelusz. — Cz-czym mogę panu służyć, panie doktorze?

Postać ta sprawiła, że Bocklin począł w sobie coś, czego nie pamiętał od dawnych dni pełnego kreatywności tworzenia. Tym czymś była żądza zrozumienia niezrozumiałego. Tego, co zatrwożyło koszmar rządzący oberżą.

— Czy, drogi Salvatorze, z tradycji wyszła powinność oberżysty w zapewnieniu gościom komfortu i spokoju? Przez kilka chwil oglądałem całe to zajście i jestem… zawiedziony twoją postawą.

— Prze-przepraszam, panie doktorze. Oczywiście ma pan rację. — Fischetti zaprowadził mężczyznę do baru. Sam dr Williams dżentelmeńsko skinął głową ku Böcklinowi, który w zaskoczeniu dopiero po chwili zdołał odwzajemnić gest. — To moja wina. Wie pan doktor, napiłem się trochę za dużo. Panie Böcklinie, wyrazy moich najszczerszych przeprosin. Dzisiaj pije pan i Herr Günther za darmo!

Ta wymiana słów sprawiła, że Bocklin poczuł niezwykłą chęć wrócenia do dawnych wspomnień.

Wszyscy patrzyli z podziwem na promieniującego niezwykłą aurą doktora Williamsa, który nie zważając na nic, zamówił sobie piwo i kieliszek wódki, który następnie umieścił w piwie. Oberżysta natomiast przerażony czymś, czego inni nie byli świadomi, najzwyczajniej w świecie po prostu wrócił do swojego stolika w utopionej w półmroku jadalni.

— Bardzo dziękuję panu, panie doktorze, za interwencję.

— Proszę bardzo.

MC Focus: Chaos.

— Wie pan, nie chcę się naprzykrzać, ale dawno nie byłem tak pobudzony, jak dzisiaj. Nie rozumiem. Don Fischetti to potężny… człowiek. Pół Florencji się go boi, a pan, panie doktorze, sprawia, że to on się lęka. J-jak to możliwe?

IC Throughline: Activity.

— Po akcencie wnioskuję, że pochodzi pan ze Szwajcarii. — Doktor Williams się uśmiechnął, po czym skinął głową i pociągnął zdrowo z kufla. — Bardzo dokładni ludzie i pacyfiści. Hm. Widzi pan, różnimy się tylko tym, że ja nie jestem już pacyfistą, a Salvatore Fischetti ma zbyt długi język jak na swój fach, a w obliczu posiadania zwierzchników osoby takiego, jak nawet on, muszą wiedzieć, kiedy trzymać ten długi język za zębami. Bo ci z nas, którzy pacyfistami nie są, a jednak działają dokładnie jak Szwajcarzy, mogą sprawić, że takie osoby zostaną powieszone za swój język na stryczku, kiedy tylko sobie tego zażyczymy.

— Nie rozumiem. To znaczy jest pan doktor bardzo ogólnikowy, ale czy to ma znaczyć, iż jest pan doktor wyżej postawiony w jakiejś hierarchii od Dona Fischettiego czy co? Przepraszam, jeżeli wydaje się zbyt bezpośredni, ale jestem artystą, który poszukiwał od tak długiego czasu natchnienia, i to, co pan samym swoim wejściem tutaj spowodował, sprawia, że zaczynam się czuć zainspirowany. Raz jeszcze najmocniej przepraszam za niepokojenie i miłego wieczoru. — Szwajcar się odsunął i wrócił do picia swojego piwa.

Fischetti siedział bardzo, ale to bardzo niespokojny w swoim kąciku, tonąc we własnym pocie i z lękiem na twarzy łypiąc co jakiś czas na zrelaksowanego Anglika. Z jakiegoś powodu miał się na baczności.

— Edgar. — Doktor Williams wyciągnął po chwili rękę ku Böcklinowi.

— Arnold. — Szwajcar nie sądził, że jakiś uczony może mieć tak silny chwyt. Edgar Williams był kimś niezwykłym.

IC Concern: Understanding.

— Drogi Arnoldzie, czyżbyś się czegoś bał?

OS Theme: Interdiction vs Prediction.

— J-ja? Co prawda, przez chwilę bałem się o swoje życie, ale… Nie, Edgarze, nie boję od długiego czasu. Przeżyłem największe tragedie w życiu. Jestem wypalony i nic nie robi już na mnie wrażenia. Prawie nic, oczywiście. Jeżeli się czegoś boję, to że utracę ostatnią rzec, jaką mam, czyli zdolność do malowania, gdyż od długiego czasu nie mam w sobie natchnienia, by stworzyć coś godnego do pokazania światu.

Doktor Williams po chwili przytaknął z aprobatą uznania i wypił kolejny haust piwa zmieszanego z wódką.

— Czy ty się czegoś boisz, Edgarze?

Anglik pokazał na zegar naścienny. Była godzina dwudziesta druga dwadzieścia osiem.

OS Limit: Timelock.

— Do północy będę martwy — zadeklarował Williams. — Nie mam powodu już niczego się bać.

IC Signpost 1.5: Understanding-Doing.
MI Throughline: Fixed Attitude.

Szwajcar poczuł ukłucie w sercu:

MI Signpost 2: Memories->Impulsive Responses (koniec prologu). ZROBIĆ KRÓTKĄ RETROSPEKCJĘ O GANGSTERZE Z MŁODOŚCI BOCKLINA.

— C-co?! Dlaczego? Jak?! Fischetti?!

— Jestem dla niego nietykalny. Jeśli spadnie mi włos z głowy we Florencji, straci więcej, niż myślał, że ma. — Edgar Williams pokręcił głową. — Nie, mój ostatni przyjacielu, życie odbiorę sobie sam, więc Salvatore podzieli mój los, czy tego chce, czy nie.

MI Concern: Memories.

Wydawało się, że mrok na ulicy, którą chadzał latarnik zapalający uliczne lampy, gęstniał i zlewał się z ciemnością półmroku w oberży, by opatulić dwoje rozmówców swoistą zasłoną. Zasłoną ciemności oraz paranoi, przez którą każdy najcichszy hałas wydawał się zwiastunem jakiejś niepojętej makabry.

— D-dla-dlaczego?! — wykrztusił z siebie Böcklin, nie wiedząc, co ma zrobić, żeby uratować życie nieznajomemu.

Anglik wyjął z kieszeni fraka cygaro i wyrzeźbioną z kamienia różę.

— Samobójstwo to permanentne rozwiązanie zwykle krótkotrwałego problemu.

IC Theme: Senses (+) vs Interpretation.

— Ten problem jest permanentny, przyjacielu — powiedział przyciszonym głosem Williams.

MI Theme: Evidence (+) vs Suspicion.

— Na pewno ma pan żonę i dzieci, którym bardzo na panu zależy, panie doktorze!

Anglik wypił dobre trzy kolejne hausty piwa i wódki, po czym spojrzał w oczy malarza.

MI Signpost 2: Impulsive Responses (koniec prologu).

— Edgarze, proszę… Powiedz cokolwiek. Opowiedz, co takiego się stało!

IC Signpost 2: Doing (koniec prologu).

Doktor Williams podniósł cygaro i odpalił je od zdobiącej ladę baru świeczki, po czym wciągnął dym do ust i powoli go z nich wypuścił, opatulając siebie i Böcklina popielatą mgiełką.


Rozdział I

obrazek_R1.jpg

MC Signpost 1: Playing a Role. Zawsze próbowałem być panem swojego losu…

OS Forewarnings: Conceiving an Idea. Co do poniższego — zaczęło się od myśli, że mam przepierdolone.

Zaczęło się od poczucia wilgotności. Od bycia w ciemności. Zawołał mnie jakiś głos, choć w tej ciemności nikogo ani niczego nie widziałem. Zawołał mnie znowu. Był to głos kobiety, która krzyczała w języku mi nieznanym rzeczy, które mimo to rozumiałem jako coś straszliwego. Zacząłem iść w stronę głosu, lecz nagle ujrzałem świecący strumień krwi płynący w moją stronę, przepłynął między moimi nogami, a głos stawał się głośniejszy, mimo że się zatrzymałem. Coś pędziło w moją stronę, rycząc, a ja chciałem uciec, ale wtedy krew mnie objęła i niczym bagno zaczęła mnie wciągać. Gdy mnie zakryła, czułem, że się duszę, acz wtem doszła do mnie jedna myśl: to tylko koszmar, jeden z tych snów, które mnie czasami nawiedzają. Wiedziałem, że zaraz obudzę się w łóżku obok mojej żony Valerie, zapewne zlany zimnym potem. Tak, jak to zwykle bywa w snach, gdy sobie uświadomisz, że śnisz, cała senna zasłona przepada. Tylko że tym razem stało się coś innego. Obudziłem się nie we własnym łóżko, a w koszmarze.

OS Signpost 2: How Things are Changing.

Leżałem poobijany, zwisając z burty małej łódki wyniesionej przez fale rozszalałego morza na dziesiątki metrów. Przypadek zadecydował, że dotąd z niej nie wypadłem, ale wszystkie tamte wrażenia duszności brały się z tego, że czasami zanurzyło mi głowę w mrocznej toni. Była to noc, a ze smolistych chmurzysk padał kwaśny deszcz. Trzaskające dookoła pioruny sprawiały, że przez większość czasu dzwoniło mi w uszach. Postanowiłem zsunąć się z łódki, by się w niej ukryć, acz wtedy przeszył mnie potworny ból w prawej ręce. Była przywiązana do krótkiej deski. Przypomniałem sobie, że jakiś czas temu sobie ją złamałem, ale nie miałem pojęcia ani jak ani kiedy to miało miejsce. Łódź zaczynała tonąć. Była w niej mała dziura. Próbowałem wyrzucać wodę zdrową ręką, podczas gdy pieniące fale wynosiły łódź na kolejne metry i wymuszały na mnie trzymanie się jej krawędzi, byle z niej nie wypaść. Kątem oka widziałem też w toni wody mroczne kształty. Mimo że była, wydawało mi się czarna, to w niej było coś lepsze ciemniejszego. Czułem, że jest tam coś bardzo złego, choć nie miałem cienia pojęcia, czym też to coś może być. Tak naprawdę nie chciałem tego wiedzieć…

MC Problem: Actuality.

Próbując bezowocnie zapanować nad łodzią, w końcu zdjąłem swój bandaż ze złamanej ręki, rycząc głośno, lecz wciąż za cicho, by mój wrzask mógł być słyszalny w hałasie sztormu, gwiżdżącego wietrzyska i trzasków piorunów. Wsadziłem szybko bandaż do dziury, co nieco zatamowało wpływ wody. Szczypałem się po całym ciele, marząc, by to wszystko okazało się koszmarem. Było ciepło. To była jedyna cecha tamtej chwili, która dawała mi trochę ulgi. Pamiętam, że usiadłem w niespokojnie kołyszącej się łodzi i wlepiwszy spojrzenie w jakiś martwy punkt, po prostu próbowałem sobie przypomnieć cokolwiek. Przypomniałem sobie, że byłem złożony chorobą przez kilka dni. Miałem nieustępującą gorączkę, a lekarz nie umiał stwierdzić, co mi dolega, acz był przekonany, że mogę przez to umrzeć. Nic więcej nie przychodziło mi do głowy. Choroba towarzysząca złamanej ręce.

Wtem jeden z przeraźliwych piorunów oświetlił zarys jakiejś wyspy. Była to przerażająca czarna sylwetka na tle granatowych chmurzysk, kilkaset metrów ode mnie. Na jej widok poczułem w głębi serca niepojęty terror. Nie znałem tamtego miejsca, ale byłem zatrwożony jak małe dziecko. Pamiętam, że jeszcze bardziej zlękła mnie świadomość tego, że moje ciało wie coś, co jeszcze w pełni nie wykrystalizowało się w moim umyśle. Świadomość, że coś jest bardzo, ale to bardzo nie tak. Z mieszaniny najgorszych odczuć rzuciłem się w pewnym momencie ku krawędzi łodzi i zwymiotowałem wszystko, co miałem w żołądku. Jednocześnie zauważyłem, że bandaż przepadł pod moją nieuwagę przed chwilą, najwyraźniej porwany przez dmące wietrzysko albo zabrany przez wodę. Wziąłem deskę, która posłużyła lekarzowi do usztywnienia mojej ręki, i zacząłem wiosłować ku wyspie, którą tylko czasami widziałem w świetle piorunów. Mało to dawało, bo morze było zbyt silne, ale nic innego mi nie pozostało, więc przez kilka minut wiosłowałem na oślep.

W końcu wielka fala wyniosła moją łódź, a ta pacnęła o taflę wody i się roztrzaskała. Wpadłem do lodowatej wody. Zacząłem tonąć, nie mogąc płynąć przecież z jedną ręką, szczególnie w tak porywistej wodzie. Zamroczyła mnie na dodatek świadomość tego, że cokolwiek mogło być w wodzie, teraz miało do mnie swobodny dostęp. Spanikowałem i próbowałem zmusić drugą do trzepotania, ale to niczego nie dawało. Nabawiłem się tylko bólu, podczas gdy moje płuca rozrywało pragnienie zaczerpnięcia haustu powietrza. Miałem wrażenie, że cokolwiek tam było, już się do mnie zbliżało i było gotowe mnie złapać i rozedrzeć na strzępy. Nie wiedziałem, czy wolę to, od utonięcia. W każdym razie nagle poczułem jakąś siłę, która mnie wyrzuciła na piaszczystą plażę wyspy. Była to kolejna fala. Świszczące oddechy i moje panikujące ciało natychmiast zaczęły czołgać się po piachu do mrocznych cyprysów porastających wyspę, paręnaście metrów od brzegu. Miałem wrażenie, że z wody zaraz coś po mnie wyjdzie. Nawet moja arachnofobia nie miała nic przeciwko siedzeniu w licznych pajęczynach i dzwonieniu zębami w panicznym oczekiwaniu niewyobrażalnego monstrum.

OS Problem: Actuality.

Jednakże nic takiego się nie stało. W zamian zaczęło trzeszczeć zębami z powodu uciążliwego, gryzącego chłodu. Wyspa, na której się znalazłem, była na ogół ciepła, ale tamtego wieczoru, siedząc w przemoczonej i porozdzieranej koszuli oraz spodniach, wiedziałem, że grozi mi hipotermia. Zrzuciłem z siebie przemoczone ubrania i zacząłem krążyć wzdłuż plaży wokół dżungli, szukając oznak jakiejkolwiek cywilizacji. Nie wiedziałem, co zastanę w dżungli, więc tam nie zamierzałem wchodzić, lecz wiedziałem, iż wyspa składa się z dużego wzniesienia pośrodku. Pamiętam, że moje ciało dopominało się o wodę. O skroplenie przełyku choćby paroma kropelkami wody słodkiej, ale takowej tam nie było. Mój żołądek zaś, zwymiotowawszy resztę treści pokarmowej, burczeniami i znajomymi, wiercącymi boleściami nawoływał o jakikolwiek posiłek. Chciałem wejść do wody i poszukać małży, ale bardzo się bałem szalonego morza, którego nadto w tamtym całym mroku nie mogłem przejrzeć.

MC Theme: Situation vs Circumstances (+).

Po paru minutach dotarłem do przejaśnienia w dżungli, które prowadziło do jaskini w stromym zboczu wzniesienia. Wszedłem tam, chcąc ochronić ciało przed wszędobylskim zimnem i przez kilkanaście sekund stąpałem po zimnej i ostrej skale, przemierzając ciemność w poszukiwaniu jakiejkolwiek nadziei. W końcu dotarłem do końca jaskini, do jakiejś ściany, acz pod nogami wyczułem dobrze znaną mi rzecz. Siano. Masa siana. Niezwykle pobudzony szybko się w nim zakopałem, a moje ciało zaczęło w końcu cieszyć się jakimś ciepłem. Zacząłem jednak rozmyślać, skąd w tamtym miejscu siano. Oczywisty był wniosek, iż jakaś cywilizacja musiała je tam pozostawić. Dało mi to cień nadziei, że być może ktoś na tej wyspie wciąż mieszka bądź w najgorszym razie jest tu sposobność na to, by się czymś posilić i czegoś napić.

OS Goal: The Past.

Nagle usłyszałem gdzieś na zewnątrz potworny ryk. Jakby człowiek zmieszany z jakimś drapieżnikiem wrzeszczał z rozwścieczenia. Moje serce zamarło, a moje gardło się ścisnęło w swej suchocie. Ryk się powtórzył. To coś było coraz bliżej jaskini. Przeraziła mnie myśl, że mogłem znaleźć się w legowisku monstrum, które się zbliża. Słyszałem, mimo nieustającego sztormu i burzy na zewnątrz, że to coś podeszło do wejścia do jaskini i zaczęło wąchać, jak pies. Warkot poniósł się echem, stawiając moje włosy dęba, podczas gdy moja wyobraźnia tworzyła obrazy najgorszych potworów. Siedziałem tak przez jakiś czas jak cicha mysz pod miotłą, acz po chwili warkot zaczął się oddalać, tak jak ciężkie kroki monstrum. Wkrótce rozbrzmiał kolejny ryk gdzieś daleko. Następny jeszcze dalej, aż wszelkie dźwięki ustąpiły sztormowi i burzy oraz odgłosom mojej krwi uderzającej do mózgu niczym kowal młotem o kowadło.

OS Consequence: Memories.
OS Theme: Prediction vs Interdiction.

Ryki tamte wyzwoliły we mnie kolejne wspomnienie. Przypomniałem sobie, że po tym, jak zostałem pobity przez rabusiów, którzy złamali mi rękę, leżałem w łóżku i przez długi czas miałem wrażenie, że mój własny mózg krzyczy. Nie mogłem spać, wciąż krzyczał. Pamiętam moją żonę Valerie, która z moim siedmioletnim synkiem Damianem stała u progu naszej sypialni, podczas gdy krzyki mojego mózgu mieszały się z rytmicznym tykaniem zegara i pełnymi pesymistycznej prognozy chrząknięciami lekarza, który mnie badał. Doktor… Doktor Richardson mówił do mnie per doktor. Wtedy pojąłem, że jestem profesorem oksfordzkim, że specjalizuję się w językoznawstwie i że wykładam w Oksfordzie semantykę języka angielskiego. Przypomniało mi się, jak lekarz powstał i stwierdził przed moją żoną, że czymś mnie otruto. Wskazał mojej żonie ranę na mojej szyi. Powiedział, że musimy poczekać na rozwój sytuacji. Nie może niczego przepisać, oprócz zimnych okładów na zbicie gorączki, ponieważ nie wie, co jest w moim organizmie. Moja żona zaczęła płakać, a doktor Richardson powoli zamknął drzwi, zdobywszy się jeszcze na ostatni uśmiech, nie szczerości, a otuchy. Wiedziałem, że jestem w tragicznym stanie. Gdy się obudziłem na łodzi, pamiętałem, że leżałem w domu, chyba przy żonie, a moje wracające wspomnienia wydawały się dotykać tylko tego, co stało się do tamtego momentu, w okresie paru-parunastu godzin. Wciąż nie miałem pojęcia ani o tym, co było przed atakiem rabusiów, ani o tym, co się stało, gdy doktor Richardson zamknął drzwi, a krzyk w moim umyśle w końcu zaczął cichnąć. Wspomnienia te ułożyły mnie do snu, więc po cichu okryłem się całą resztą siana, jaką mogłem zgromadzić i zamknąłem oczy, pozwalając mojemu ciału się wyspać. Powracający do mojej złamanej prawej ręki ból zwiastował, że być może wkrótce odzyskam w niej czucie.

MC Signpost 1.5: Playing a Role. -> Changing one's nature
OS Signpost 2.5: The Past -> The Present


Rozdział II

obrazek_R2.jpg

OS Signpost 3: The Present.

Nie spałem długo. Co chwilę się budziłem. Miałem koszmary o tym, że potwór mnie wykrywa, łapie i zabija. Koniec końców, nie wyspałem się, gdyż obudziła mnie potworna suchota w gardle, która przez noc nabrała rozmachu. W świetle słońca pokrywającego nadal niespokojne, choć już nie sztormowe wody i przejrzysty nieboskłon, wyszedłem z jaskini, z myślą, że muszę odnaleźć źródło wody. Padało całą noc, więc na pewno gdzieś zgromadziła się deszczówka. Musiałem też poszukać pożywienia, ale pierwszą rzeczą, którą zrobiłem, przyzwyczaiwszy zmęczone oczy do intensywności światła słonecznego, było poddanie mojej prawej ręki, złamanej w okolicach stawu łokciowego, inspekcji. Wciąż miałem problem z jej czuciem. Czasami czułem swoiste igły bólu, ale to tyle. Na dobrą sprawę nie byłem w stanie poczynić z niej żadnego użytku, więc zacząłem po prostu maszerować wzdłuż plaży, odciągając jak tylko mogłem wejście do dżungli opatulającej skaliste wzniesienie na środku wyspy. Przewidywałem, że mogą tam się znajdować drapieżniki, a ze swoją niesprawną prawą ręką nie byłbym w stanie się im przeciwstawić.

Przemykałem między krzakami i cyprysami, próbując znaleźć dosłownie cokolwiek. Wtem ujrzałem pozostałości pewnej osady na skraju dżungli. Był to szereg rozwalonych i rozdartych starych szmat, które dawniej stanowiły żagle jakiegoś statku. Wbite w ziemię dawały jasno do zrozumienia, że na wyspie tej ktoś się rozbił. Poczułem przyspieszenie bicia serca, że nie jestem tam sam. Szybko jednak zdumienie to uległo uświadomieniu sobie, że musiało to być, po stanie osady, jakieś dwadzieścia, może trzydzieści lat wcześniej. W każdym razie po rozbitkach nie było śladu. Rzuciłem się do namiotów z nadzieją, że znajdę jakąś puszkę po fasoli czy inną konserwę, która mogła przetrwać lata, ale pod brudną tkaniną namiotów było jedynie robactwo, które wpiło się w stare, naderwane koce i poduszki, czyniąc sobie tam gniazda.

OS Theme: Prediction vs Interdiction.

Jedyne, co znalazłem w jednej z przetrwałych puszek, było starą, spaloną i przemoczoną mapą, którą sporządził niejaki kapitan Basille Newman ze statku ochrzczonego jako „Diament Śródziemnomorski”. Lakoniczne zapiski twierdziły, że załoga składała się z siedemdziesięciu dwóch osób, a po rozbiciu się statku w roku 1851 przeżyło czternaście osób. Napisane było również, iż rozbitkowie mieli do dyspozycji dwie łodzie. Doszedłem do smutnego dla mnie wniosku, że w takim razie, jeśli rozbitkowie nie znaleźli innego sposobu na opuszczenie wyspy lub chociażby źródła wody i pożywienia, to musieli opuścić wyspę na swoich łodziach, po których, rzecz jasna, nie pozostał żaden ślad, ale postanowiłem okrążyć plażę i upewnić się, czy rzeczywiście nie mam z niej żadnej sposobności na ucieczkę niczym Robinson Crusoe z powieści Daniela Defoe. Ta sama notatka bowiem twierdziła, że wyspę nazwaną (w nieznany mi sposób) „Movolem” zamieszkuje plemię „Rinhaddari”, które ponoć trzymało się od rozbitków z daleka, było wobec nich nieufne i ukrywało przed nimi jakieś rzeczy. Według mapy Rinhaddari zamieszkiwali wyżynę i możliwe, że sieć jaskiń pod nią.

MC Concern: Developing a Plan.

Oszacowałem, iż obejście wyspy spokojnym tempem powinno mi zająć może z dwadzieścia minut, gdyż jej linia brzegowa biegła jakieś 1 400 metrów. Przeraziła mnie na moment myśl o potwornym ryku zeszłego wieczora, ale zwaliłem to na swoją własną podatność na koszmarne sugestie własnego umysłu i stan półsennego wyczerpania psychofizycznego. Czasami, w takich przypadkach, nawet najcichszy szelest liści może na granicy jawy i surrealistycznego snu brzmieć jak seria wystrzałów armatnich.

Panicznie przeszukawszy namioty, czując, jak moje podniebienie na myśl o kropli wody wzmaga pragnienie, a następnie spocony i dyszący padłem na kolana. Wiedziałem, że bez jedzenia trochę przetrwam. Mogłem zawsze próbować coś złowić. Może poszukać małży czy raków, ale nic to nie znaczyło bez wody. Bez niej skazany byłem na bardzo szybką śmierć. Wiedziałem, że będę musiał udać się do tych całych Rinhaddari, mając nadzieję, że mnie nie zabiją, i prosić o pomoc, jeżeli wszystko inne zawiedzie.

Z bezcelowej refleksji wyrwało mnie nagłe spięcie ciała, gdy kilkadziesiąt metrów za mną, z okolic wejścia do jaskini, w której spędziłem noc, rozbrzmiał przerażający ryk, który ubiegłego wieczora zwiastował nadejście jakiegoś monstrum. Z wrażenia mnie zmroziło na kilka sekund. Rozbrzmiał kolejny ryk — wydawało mi się, że bliższy. Z braku sił, całkowitego spragnienia i zmęczenia psychicznego niemalże mnie zamroczyło. W końcu jednak zastrzyk adrenaliny poderwał mnie i kazał biec dalej, wzdłuż plaży. Wbiegłem do lasu, łapiąc się za głowę na myśl o mojej głupocie, że zostawiłem po sobie ślady.

MC Theme: Situation vs Circumstances.

Wzniesienie w tym miejscu nie umożliwiało łatwej wspinaczki dla osoby posługującej się aktualnie jedną ręką. Przemykałem między ciemnymi cyprysami resztką sił, słysząc coraz bliższe mi monstrum. Czuło mnie i było ode mnie dużo szybsze. Bałem się spojrzeć za siebie. Przyspieszyłem, unikając wszelkich gałązek, które mogłyby zawiadomić potwora hałasem o mojej pozycji. Ujrzałem kolejną jaskinię, przed wejściem do której się obejrzałem, a serce momentalnie boleśnie przyspieszyło. Mnóstwo potworów, zniekształconych monstrów przypominających rozgotowanych ludzi, które nadciągały w moją stronę. Było ich dobre pięć. Wbiegłem do jaskini, czując ogarniające mnie znów zamroczenie. Biegłem między ludzkimi szkieletami, w zastoju odorem rozkładu. Nie miałem ochoty ani czasu się im przyglądać. Usłyszałem szereg ryków u wejścia do jaskini. Ujrzałem prześwit w skale. Nad głową. Mimo złamanej ręki, którą ledwo czułem, podskoczyłem i zacząłem się przeciskać, ślizgając się nogami po wilgotnych ścianach zimnej jaskini. Drążący ból w prawej ręce nic nie znaczył, acz nagle poczułem silny chwyt na prawej nodze, coś zaczęło mnie ściągać. Zacząłem kopać i uderzyłem to coś zęby, ogromne kły, co rozcięło mi stopę do krwi, a ja ostatkiem sił wyskoczyłem z otwarcia i znalazłem się na wzniesieniu, którego tak bardzo się obawiałem, słysząc, jak jaskinia za mną się burzy, a potworne ryki zniekształconych monstrów zanikają.

OS Concern: The Past.

Nikogo nie było. Podszedłem do miejsca na mapie określonego jako podziemie. Była to czarna dziura w podłożu, o średnicy dobrych dwudziestu metrów. Nic nie było pod nią widać. Żadnych drabin ani schodów. Przerażająca ciemność, z której unosił się tylko smród rozkładu. Za nią, na dwóch piętrach znajdował się swoisty balkon prowadzący wzdłuż półkolistej ściany z litej skały, w której znajdowały się łuki drzwiowe, a za nimi ponownie nieprzenikniona czarność. Czymkolwiek Movol był kiedyś, zdałem sobie sprawę, że wtedy był już tylko cmentarzyskiem.

OS Requirements: The Present.

Niestety przerwa od niebezpieczeństwa nie trwała długo. U schodów na południu, prowadzących na wzniesienie, rozbrzmiały znów tamte potworne ryki. Ich seria. Utykając w kierunku ciemnych łuków, które były jedynym miejscem, gdzie mogłem się schować, patrzyłem za siebie, a wkrótce na wzniesieniu pojawiło się kilkanaście potworów, ich sylwetek. Gdy mnie ujrzały, ryki znów rozbrzmiały, a monstra przyspieszyły. Ja również z zastrzykiem adrenaliny rzuciłem się ku pierwszemu łukowi na pierwszym piętrze. Zanim mój wzrok przyzwyczaił się do ciemności, zauważyłem, że w środku znajdują się kamienne swoiste drzwi — przymocowane do swoistych zawiasów kamienne płyty, które natychmiast zasunąłem. Moje oczy zauważył prześwit w suficie. Padało z niego światło na kilka głazów, które musiały stamtąd odpaść. Szybko przystawiłem głazy do drzwi, zamykając się w swoim własnym, o ironio, grobowcu. Był to wysoki pokój. Trochę deszczówki zebrało się w starych naczyniach - WSZYSTKO WYPIJA. Monstra się dobijają. Patrzyłem na runy pokrywające kamienną różę włożoną do wypakowanego poduszeczkami futerału i nagle zrozumiałem, co znaczą.

MC Growth: Start.

Moje wspomnienia odżyły myślami o ośmioletnim chłopcu imieniem Estakar, który był członkiem ludu Rinhaddari na wyspie Movol nazwanej tak po bogini Movvie, którą cywilizacja ta czciła. Movva była boginią czasu — przedstawiano ją jako ryba, która nie tyle płynie wśród nieskończonej wody, ile się nieskończenie wydłuża. Członkowie ludu Rinhaddari się nie starzeli ponad wiek 30 lat. Umierali na własne życzenie i na własne odradzali się, gdy tylko chcieli. Mówiono, że zasypiają w objęciach Movvy.

Pewnego dnia na Movolu rozbił się okręt obcej cywilizacji. Wielki statek. Przeżyło czternastu rozbitków, którzy założyli prowizoryczną osadę u podnóża wyżyny. Natrafiłem przedtem na jej szczątki, po wyjściu z jaskini. Mimo że początkowo zarówno Rinhaddari, jak i rozbitkowie starali się nie wchodzić sobie w drogę, w końcu natywni mieszkańcy wyspy wyciągnęli rękę do rozbitków, użyczając im pożywienia, słodkiej wody oraz łodzi, by mogli po rekuperacji odpłynąć tam, skąd przybyli. Jednakże rozbitkowie, na własne oczy zobaczywszy tajemne sztuki, z których korzystali Rinhaddari, postanowili dowiedzieć się, jak lud ten z nich korzysta. Rinhaddari nie chcieli wyjawiać swych sekretów, lecz rozbitkowie byli nieustępliwi. Mając broń palną, z którą Rinhaddari walczyć nie byli w stanie, rozbitkowie zastrzelili prawie stu członków plemienia, a pozostałych zgromadzili na głównym placu między grobowcami tych, którzy spali po zaplanowanej śmierci.

Tymczasem niejaka Ernhava, siostra małego Estakara, biegła z nim, pierzchając przed intruzami labiryntami tuneli, grobowcami i tak dalej. Była to nastolatka, może pięć lat starsza od chłopca. Panicznie zaciągnęła chłopca do jednej z najgłębiej ukrytych izb, gdzie uklękła przed zwłokami szamanki Rinhaddari. Powiedziała, że zdradzi Estakarowi tajemnicę, którą znać może tylko szaman, a ona była kandydatką na nową szamankę. Powiedziała, że nikomu nie może on tego wyjawić, że mówi mu to, bo ufa i kocha go nieskończenie jako swojego brata. Powiedziała, że pokłada w nim absolutnie całą przyszłość ludu Rinhaddari. Zdjęła z rozkładających się szczątków szamana naszyjnik, z którego odczepiła kamienną różę. Wyjawiła, że gdy szaman odbiera sobie życie, w zamian Movva daje Rinhaddari kamienną różę. Ta kamienna róża jest znacznikiem czasu. Jeżeli coś się nie powiedzie, to z wykorzystaniem kamiennej róży Rinhaddari mogą cofnąć czas na Movolu do momentu śmierci szamana, by podjąć nowe działania, sprzeczne z tymi, które podjęli w poprzedniej przyszłości, by inaczej ją ukształtować. Mówi, że to sekret wiecznej młodości Rinhaddari. Co kilkadziesiąt lat następca szamana wykorzystuje kamienną różę poprzednika, by cofnąć czas. Odzyskują tak uprawy, zwierzęta, a także zdrowie; jedyne, co się nie cofa, to osoby urodzone i te mające mniej niż 30 lat. Sam szaman natomiast ulega narodzeniu w przyszłym wcieleniu. Fakt faktem, ponieważ lud Movolu nie ma możliwości określenia upływu czasu, żaden inny ani inna Rinhaddari nie mają świadomości jego cofnięcia.

Ernhava chciała wręczyć Estakarowi naszyjnik z różą i wyjawić mu, w jaki sposób wykorzystać go do cofniecia czasu, lecz do izby dobijać zaczęli się rozbitkowie, więc ona schowała naszyjnik wśród glinianych naczyń. Do izby wpadli rozbitkowie, którzy wyciągnęli Ernhavę i Estakara na plac, na wzgórzu, gdzie kazali im klęknąć wraz z pozostałymi jedenastoma członkami plemienia. Ernhava nie mogła przy nich wyjawić, jak dokonać cofnięcia czasu, acz wyszeptała, gdy Estakar piszczał na widok zwłok zastrzelonych członków swojego ludu:

— Movva z samobójstwa obsypuje nas różami, acz z morderstwa zsyła na nas potwory. Nie możemy mieć obydwu darów.

W obcym języku, którego wtedy nikt z nich nie rozumiał, rozbitkowie krzyczeli rzeczy, które jednak rozumiałem ja dzisiaj. Krzyczeli, że oszczędzą lud, jeżeli ten wyjawi, za jaką nadnaturalną sprawą mogą czynić swoje niewyobrażalne rzeczy. Nikt nie reagował. Nawet na język gestów. Jeden z innych rozbitków przybiegł z karabinem, dysząc. Powiedział, że czworo Rinhaddari pierzchło na łodzi. Zdenerwowało to resztę. Podeszli do niego i mojej siostry. Powiedzieli, że ona i on coś kombinowali. Powiedzieli jej językiem gestów, że będą Estakara torturować i dojdą do prawdy. Chyba to zrozumiała. Ernhava złapała jedną z buteleczek, które mieli rozbitkowie, i napoiła nią Estakara, krzycząc:

— Pij! Wykorzystywali to, żeby wymazać wspomnienia tym, których przesłuchiwali, żeby nie wyjawili, jakimi paskudnymi są ludźmi! Pij, pij! Nic z nas nie wydobędą!

Rozbitkom chwilę zajęło odseparowanie siostry od brata. Wzięli ją i przystawili jej pistolet do głowy, po czym ją zastrzelili. Krew padła na twarz młodego zlęknionego Estakara, który zaczął tracić przytomność. Zamroczyło go i zaczął się zwijać, jakby jego ciało chciało się położyć do snu wbrew jego umysłowi. Rozbitkowie przepytywali innych, którzy ich nie rozumieli, po czym stwierdzili, że od nikogo nic nie wydobędą. Zastrzelili wszystkich pozostałych. Chłopca zanieśli do jednej z łodzi, którą podarowali im na początku Rinhaddari.

Tymczasem pogoda zaczynała się zmieniać. Morze powstało. Chmury sczerniały. Zaczął padać kwaśny deszcz, zaczęło grzmieć, zaczęło się błyskać i przeraźliwie wiać. Z grobowców i podziemi wychodzić zaczęły monstra, które mnie goniły. Rozbitkowie przyspieszyli. Chłopiec na skraju utraty przytomności dostrzegł na ich ubraniach dziwny symbol. Stojący na rogu trójkąt równoramienny, i w środku niego przekrój kwadratu. Załadowali go szybko na łódź i odbili, strzelając do nadciągających potworów. Dopadły one drugą łódź i rozszarpali jej załogę na strzępy. Pozostał tylko Estakar i trzech rozbitków na jego łodzi. Nie trwało to długo. Wielkie fale wyniosły łódkę na dziesiątki kilometrów. Mężczyźni trzymali się jej łapczywie, ale Estakar nie miał ku temu siły. Zobaczył przed utratą przytomności w czeluściach morza, jak potężny piorun uderza w wyniesioną łódź i obraca ją oraz tamtych rozbitków na popiół.

/RODZICE EDGARA/ Motivation: Disbelief
/RODZICE EDGARA/ Methodology: Induction
/RODZICE EDGARA/ Evaluation: Non-Accurate

Kilkanaście godzin później chłopiec otworzył oczy. Znajdował się na plaży, a nad nim stała para młodych ludzi, którzy mu się przyglądali i udzielali mu pomocy. Próbowali się z nim porozumieć po angielsku. Mężczyzna z uśmiechem powiedział, że nazywa się David, a kobieta, która poiła chłopca wodą z butelki, powiedziała, że nazywa się Sophie. Powiedzieli po angielsku, że są z Anglii, z Manchesteru, i są dyplomatami, że chłopiec znajduje się na Gibraltarze, że są małżeństwem na delegacji objazdowej przez Gibraltar, Rzym, Florencję, Berno i Amsterdam. Powiedzieli, że nic mu już nie grozi. Oczywiście on ich niezupełnie rozumiał. Jednakże gdy wskazywali siebie, powtarzając swoje imiona, on, mimo złamania spowodowanego wypiciem preparatu, który wywołał u niego amnezję, zdołał zrozumieć ich intencje, a także miał na końcu języka swoje imię, choć znał je już tylko w części, albowiem amnezja się pogłębiała. Mówił:

/RODZICE EDGARA/ Methodology: Nonacceptance (mów, mów, mów)
/RODZICE EDGARA/ Evaluation: Process
/RODZICE EDGARA/ Purpose: Chaos

— E…kar. E…kar.

/RODZICE EDGARA/ Purpose: Change

Anglicy na to uśmiechnęli się po sobie:

/RODZICE EDGARA/ Motivation: Oppose

— Będziesz zatem Edgar.

MC Signpost 2.5: Changing One's Nature -> Conceiving an Idea

Moje serce załomotało. Od zawsze wiedziałem, że zostałem przez nich adoptowany, ale nie znałem tego okoliczności. Ja, Edgar Williams, byłem Estakarem. Teraz, z jakiegoś powodu, znajdowałem się w tym samym miejscu, w którym zginął mój lud, w tym moja siostra, i miałem w ręce kamienną różę. Tymczasem na zewnątrz zapanowała niezwykła, przygnębiająca i gęsta cisza przerywana tylko dudnieniem mojej krwi w uszach.

OS Signpost 3.5: The Present->The Past.


Rozdział III

obrazek_R3.jpg

Spędziwszy kilkanaście minut na słuchaniu ryków na zewnątrz i uderzania o kamienne drzwi przez tamte potwory, zgrzytałem zębami, spijając z kamieni deszczówkę z zeszłonocnego opadu i czując, jak moje ciało odżywa. Wsadziłem różę do kieszeni, wiedząc, że może okazać się kluczowa w rozwiązaniu problemu mojego znalezienia się na tej wyspie, ale nie wiedząc, jak z tego skorzystać, ponieważ Ernhava nie zdążyła mi tego wyjawić. Gdy potwory dały sobie spokój z próbą rozwalenia drzwi, po odgłosach wiedziałem, że czekają, aż stamtąd wyjdę. Nie zamierzałem tego uczynić. W zamian zebrałem w sobie odwagę i zgromadziwszy kilka kamieni, wspiąłem się po nich na sufit, myśląc, że wyjdę w ten sposób na zewnątrz, aczkolwiek okazało się, że dziura jest znacznie wyżej, niż sądziłem, ale znalazłem również niemały tunel, którym w braku alternatywy postanowiłem się wydostać z tamtej pułapki.

MC Signpost 3: Conceiving an Idea.

/EDGAR/ Motivation: Pursuit

Był to wąski tunel pełen robactwa i pająków, ale zacisnąłem zęby i po kilku minutach pełznięcia w kierunku tego, co wydawało mi się świeżym powietrzem, straciłem całkowicie arachnofobię. Było kilka rozgałęzień, ale nie miałem większego problemu ze zlokalizowaniem źródła świeżego powietrza. Mimo ciemności pełznąłem zatem, mając całkowitą świadomość tego, że jeśli dotrę do ciemnego zaułka, być może z powodu wąskości tuneli nie zdołam wrócić do izby, z której uciekłem. Pełznąc, miałem dużo czasu do myślenia. Słyszałem, wydawało mi się, głosy w ścianie, i w pewnym momencie usłyszałem, że do jednego z rozgałęzień wszedł potwór. Był szybszy ode mnie. Przyspieszyłem spocony i usłyszałem, że on też przyspieszył. Był parę metrów za mną. W absolutnej czarności nie widziałem nic, więc nie wiedziałem, czy potwór mnie widzi. Myślałem, czy przyspieszyć, czy zwolnić, czy on mnie czuje, czy słyszy moje bijące serce i w tej kotłowaninie myśli całkowicie zapomniałem kontrolować szybkość, z jaką się przesuwałem. Było za późno, acz wtedy ujrzałem światło. Przyspieszyłem jeszcze mocniej. W ostatniej chwili poczułem smyrgnięcie po kostce nogi, ale na szczęście poczułem też grawitację. Wypadłem ze ściany tworzącej tamtą zabudowę i sturlałem się ze wzniesienia, z jego południowej strony przez dżunglę. Poobijany powstałem i szybko uciekłem na plażę. Usłyszałem za sobą tylko odległy ryk monstrum, które było w tamtym tunelu.

/EDGAR/ Methodology: Proaction
/ONONYKI/ Motivation: Avoidance

Ujrzałem mężczyznę wychodzącego z łodzi. Podszedłem do niego. Był zaskoczony. Przedstawił się jako Ononyki i wycelował do mnie z pistoletu.

OS Signpost 4: The Past.
/ONONYKI/ Methodology: Potentiality

— Przypomniałeś sobie? — zapytał Ononyki.

— Kim jestem? Tak, ale nie mamy czasu na rozmowę. Na tej wyspie roi się od potworów. Przestań do mnie celować, nie stwarzam żadnego zagrożenia. Po prostu pozwól mi skorzystać z twojej łodzi. Odpowiem na wszystkie twoje pytania, gdy dotrzemy do bezpiecznego miejsca.

— M-masz różę?

/EDGAR/ Evaluation: Proven

— Mam. — Wyjąłem kamienną różę. — Ale nie wiem, jak jej użyć. Chwila, oprócz szamana i jego zastępcy nikt nie powinien był o tym wiedzieć!

— Szamanka była moją matką — odparł Ononyki. — Słuchaj. Nigdzie się stąd nie ruszymy, dopóki nie wykorzystasz jej do cofnięcia czasu i przywrócenia naszego ludu!

— A-ale mówię, że nie wiem jak!

/ONONYKI/ Evaluation: Unproven

— Nie wierzę ci! Zastrzelę cię! Wiem, że łżesz! — krzyknął Ononyki, machając pistoletem.

— Nie krzycz, tam są potwory!

/ONONYKI/ Evaluation: Cause

— Gdybyś nie uciekł jak tchórz do Anglii, to dawno już by ich tu nie było!

— Skąd o mnie wiesz?

/EDGAR/ Purpose: Knowledge

Ononyki wręczył mi list, który otrzymał od Salvatora Fischettiego — dziedzica oberży, w której zatrzymał się z przybranymi rodzicami we Florencji. Schowałem go do spodni, aczkolwiek wtedy Ononyki wystrzelił w powietrze. Instynkt rzucił mnie ku roślinności, podczas gdy Ononyki przeładowywał broń, biegnąc za mną. Usłyszeliśmy ryki potworów, które już tu pędziły. Masa ryków. Wszystkie potwory na wyspie zapewne biegły w naszą stronę z każdej strony! Cały czas towarzyszył mi zapach prochu strzelniczego.

— Wiem tylko, że różę tę wykorzystać może wyłącznie Rinhaddari w miejscu bytowania swojego ludu, ale nic więcej mi nie wyjawiono, Estakarze! Jak użyjesz tej róży, a wiem, WIEM, że wiesz jak, to czas się cofnie, potwory przepadną, nasz lud będzie żył, w tym twoja siostra! Taka jest nasza bogini Movva. Przeklęła naszą wyspę, bo próbowano ją nam odebrać! Albo my, albo nikt inny. To prawo Movvy. Pozwól bogini nas uratować, Estakarze, i przestań łżeć!

MC Style: Logical.

— Oddam ci róże, jeśli chcesz, będziesz mógł z niej skorzystać, ale ja naprawdę nie wiem jak. Chcę tylko wrócić do żony i syna!

/ONONYKI/ Motivation: Reconsider

— Ty już nie masz żony ani syna, kłamco!

OS Theme: Prediction vs Interdiction.
/EDGAR/ Methodology: Certainty

— Mam! Ty jesteś kłamcą, Ononyki! Nie próbuj mącić mi w głowie!

MC Throughline: Manipulation.
/ONONYKI/ Methodology: Reaction

— Nasi ludzie cię wtedy napadli, gdy wracałeś do domu! Twoja siostra podała ci substancję kasującą wspomnienia, a nasz chemik wynalazł substancję, która je przywraca! Złamanie ręki było przypadkowe, ale gorączka była efektem ubocznym naszej substancji. Dlatego właśnie twój lekarz podejrzewał, że zostałeś otruty. Czekaliśmy, aż przejdzie ci gorączka i wszystko sobie przypomnisz według prognoz naszego chemika, ale tamtej ostatniej nocy okazało się, że potrzebne będzie to, co nasz chemik zakładał jako gorszą ewentualność. To, że wyzwolenie wspomnień będzie wymagało bezpośredniego styku z miejscem, gdzie je straciłeś. Widzisz?! Nasza substancja zadziałała! Dlatego wczoraj wyruszyliśmy na dwóch łodziach z Gibraltaru, trzymając cię pod lekką anestezją, ale ponieważ Movol otoczony jest ciągłym sztormem, to moja łódź została wyrzucona mile na zachód, gdzie cudem przetrwałem, a dwóch moich przyjaciół już nie. Ty byłeś w łodzi z naszym chemikiem, który wypadł, ale sam nie wypadłeś, bo Movva tak chciała! Po to, byś odwrócił bieg historii Movolu! Mnie dopiero godzinę temu udało się odnaleźć bezpieczny pasaż na wyspę, kurs 62 stopnie.

/EDGAR/ Motivation: Consider
/ONONYKI/ Purpose: Perception
/VALERIE/ Motivation: Faith
/VALERIE/ Evaluation: Accurate

Przypomniałem sobie koszmary, jakie miałem w dzień i noc po pierwszej wizycie lekarza. Mój mózg krzyczał coraz słabiej i miałem przeczucie, że to tylko oznacza, iż niedługo się poddam. Woda, którą piłem, postawioną w dzbanku na stoliku, była zmieniana przez moją żonę, gdyż moim przełykiem spływała krew. Mój syn Damian był przerażony, miał siedem lat. Patrzył czasami z korytarza, z daleka na mnie wrzeszczącego w ciągłej agonii. Lekarz przychodził tylko po to już, by pomóc w zbiciu mojej gorączki, ale to wszystko spełzło na niczym. Nie jestem pewien, ile czasu minęło. Moja ręka miała się zrosnąć w ciągu trzech tygodni, a ponieważ wciąż próbuje nią władać, sądzę, że od tamtej pory nie minęło więcej niż czternaście dni, choć mnie wydawało się każdej nocy, że moja agonia trwa już od wielu miesięcy.

/VALERIE/ Motivation: Support
/VALERIE/ Methodology: Deduction
/VALERIE/ Purpose: Order

Pewnej nocy wszystko się skończyło. Ot, nagle się obudziłem w pełni zregenerowany w mroku swojej posiadłości. Pamiętam tykanie zegara i to, jak dziwnie czułem się, znów mogąc chodzić. Chciałem odnaleźć żonę, żeby powiedzieć jej, iż wszystko mi już przeszło, ale nie umiałem jej znaleźć. Wtedy doszedłem do sypialni dla gości, gdzie zobaczyłem ją tulącą się z kimś. Ogarnął mnie niesamowity gniew podsycany przez to, co miałem w żyłach, całe pokłady negatywnej energii. Nie wytrzymałem i złapałem nóż. Wszedłem tam i dźgnąłem ją w serce, a następnie dźgnąłem tego, z którym spała. Dysząc odrzuciłem nóż, nie wierząc, co zrobiłem. Wyciągnąłem żonę i próbowałem ją ratować, ale krew toczyła się z niej falami. Nie umiałem tego powstrzymać. Spojrzałem wtedy na mężczyznę, którego zabiłem. Odkryłem kołdrę i zobaczyłem mojego syna Damiana. Też już nie żył.

/VALERIE/ Methodology: Acceptance
/VALERIE/ Evaluation: Result
/VALERIE/ Purpose: Inertia

Padłem na kolana, płacząc jak małe dziecko. Przypomniałem sobie, że Damian miewał koszmary i wówczas pakował się nam do łóżka. Ostatnio to moje wrzaski były dla niego koszmarem, więc pakował się do śpiącej w sypialni dla gości Valerie. Zwymiotowałem wszystko, co miałem w żołądku. Półprzytomny w przepływie najbardziej rozszalałych emocji poszedłem do gabinetu. Wziąłem swój pistolet, który ukryty był między książkami. Naładowałem go, okręciłem bębenek i włożyłem zimną lufę do ust, kiedy to w korytarzu usłyszałem czyjeś kroki. Szybko odrzuciłem pistolet i wybiegłem tam w nadziei, że moja żona lub syn żyje.

Otoczyli mnie mężczyźni w czarnych płaszczach. Złapali mnie, nim zdołałem zareagować. Przytknęli mi szmatę do nosa. Poczułem woń chloroformu i odpłynąłem. To było moje ostatnie wspomnienie przed znalezieniem się ubiegłej nocy na rozszalałym morzu.

OS Solution: Perception.
/EDGAR/ Evaluation: Effect
MC Theme: Situation vs Circumstances.

W tym momencie straciłem wolę do walki w obydwu czasach. Wszystko zrozumiałem. Pstryk odciąganego kurka pistoletu za moją głową nie wyzwolił we mnie jakiegoś spięcia. Przeciwnie spowodował, że się zrelaksowałem, widząc okrążającego mnie, przerażonego Ononykiego:

/ONONYKI/ Purpose: Thought

— Zabiję cię — syknął Ononyki — jeżeli nie powiesz mi, gdzie jest róża!

Rozpostarłem ręce:

— Zrób to, kutasie.

OS Outcome: Success.
OS Signpost 4: The Past.

Nagle jednak z dżungli wyłoniły się potwory i rzuciły się na Ononykiego. Iskierka życia we mnie odżyła i rzuciła mnie ku łodzi. Dobiegłem do niej, nie patrząc za siebie, i wskoczyłem do niej, odbijając w kierunku wschodnim. Siedząc tam i oglądając wrzeszczącego jeszcze przez kilka sekund i rozrywanego Ononykiego, zastanawiałem się, dlaczego to zrobiłem. Spojrzałem na niespokojną wodę i zacząłem wiosłować. Bez celu. Mijały minuty i godziny, a na mojej twarzy w końcu pojawiło się niemałe spięcie. W moim umyśle zaś sformowała się decyzja. Podjąłem decyzję, że odbiorę sobie życie, gdy tylko odbiorę życie człowiekowi, który skazał moją rodzinę na śmierć — Salvatorowi Fischettiemu. Jeszcze lepiej… upiekę dwie pieczenie na jednym ogniu.

/EDGAR/ Purpose: Actuality
MC Signpost 3.5: Conceiving an Idea-> Developing a Plan.


Epilog

obrazek_EPI.jpg

OS Judgment: Good.
MI Signpost 3: Contemplation.
MI Problem: Order.
/EDGAR/Methodology: Proaction
/BöCKLIN/ Motivation: Feeling

Arnold Böcklin nie był pewien, co powiedzieć. Jego piwo dawno się skończyło, acz mimo bolącej głowy drżącą ręką poprosił barmana o dolewkę. Nienawidził porannego wstawania, szczególnie gdy się upił, a teraz na dodatek jeszcze wcześnie wyjeżdżał z Włoch do Czarnogóry. Jednakże to nie miało znaczenia. Pił w milczeniu, czując uderzenia alkoholu, ale pił na tyle wolno, by nie doprowadzić się do stanu całkowitej bezradności. Łypał okiem na zegar, który pokazywał godzinę 23:48. Jego rozmówca, który teraz w milczeniu pił swoją mieszankę wódki z alkoholem, około godziny temu zawiadomił, że nim dzień ten dobiegnie końca, popełni on samobójstwo. Szwajcar kontemplował, co zatem zrobić, by mężczyznę drugiego przed tym powstrzymać.

IC Signpost 3: Obtaining (początek epilogu).
IC Problem: Projection.
/BöCKLIN/ Purpose: Self Aware

— S-skąd Salvatore Fischetti wiedział, gdzie cię znaleźć, Edgarze? — zapytał po cichu, w obawie, że oberżysta go usłyszy, Arnold Böcklin.

/EDGAR/Evaluation: Proven

— Moi przybrani rodzice, jak wiesz, byli dyplomatami. Podróżowali przez Florencję wielokrotnie. Wtedy podróżowali ze mną, a Fischetti był ledwie gówniarzem pracującym dla swoich rodziców. Prawda jest taka, że mój przybrany ojciec był również jednym z liderów nielegalnego przemysłu przemytniczego różnych dóbr i postawiony był wysoko w strukturze zorganizowanej przestępczości we Włoszech i będąc dyplomatą, miał alibi na te czasy, gdy musiał doglądać biznesu. Państwo Fischetti odpowiadali przed nim i przed szefami regionalnymi oraz szefami działającymi w skali globalnej. Mój przybrany ojciec był jednym z szefów globalnych. Zatem list, który dostałem od Ononykiego, jest dowodem na to, że Salvatore Fischetti, dziedzic lokalnego szefa przemytu, zdradził syna mojego zmarłego przybranego ojca, a zatem spadkobiercy stanowiska szefa globalnego. Po prostu szef lokalny zdradził szefa globalnego. Wie, że ja o tym wiem, i wie, że skoro tu jestem, to pewnie wszelkie zamachy na mnie się nie powiodły. Pozostali szefowie mają już kopię listu, on o tym wie, ale postanowiłem, że nie zginie, póki ja będę żył. Jeżeli przestanę żyć, z jakiegokolwiek powodu, to on też dostanie kulę w łeb. Jego życie jest w moich rękach i dlatego nie może mi nic zrobić ani osobiście ani cudzymi rękoma.

IC Theme: Senses vs Interpretation.

— Działasz jako przemytnik, Edgarze?

/EDGAR/Purpose: Knowledge
/EDGAR/Motivation: Pursuit

— Nie, po prostu piastuję dziedziczne stanowisko, nie aktywizując się przestępczo. Jest tak dlatego, że osiągi mojego przybranego ojca są na tyle donośne, że mam prawo mieć ten zaszczyt i dołączyć do działalności przestępczej lub nie. Dzisiaj jednak Fischetti wraz ze mną zginie, gdyż doprowadził do śmierci mojej żony i syna swoim czynem. Pozostali już odpowiedzieli. Wierzę też, że w śmierci będę miał spokój.

/BöCKLIN/ Methodology: Protection

/Nota/: Trzykrotny wdowiec; 14 dzieci z ostatnią; 5 zmarło w dzieciństwie i 3 przed Böcklinem. Prawie zmarł na tyfus w 1859. Namalował również autoportret z czaszką w tle[1872], co nie tylko osadza jego twórczość w kręgu symbolistów, lecz wskazuje również na wagę tematu przemijania w życiu malarza. WSPOMNIEĆ W MONOLOGU.

Böcklin mówi o śmierci swoich bliskich, że dałby wszystko, by cofnąć, co się stało, choćby nie mieli być razem. Myśl ta też boli, ale przynajmniej daje mu poczucie tego, że kogoś kocha. Böcklin opowiada mu o jednym z NIENAMALOWANYCH obrazów po śmierci swojej pierwszej żony. Arnold pyta, czy nie byłoby lepiej cofnąć czas rozbiciem róży? Fischetti nigdy nie popełni zdrady, przetrwańcy nigdy nie powstaną, a RPC nawet nie będzie wiedziało, że dostało za swoje. Minusem oczywiście jest to, że nie pozna swoich przybranych rodziców ani żony i syna. Nie będzie nigdy profesorem, O ILE BĘDZIE PAMIĘTAŁ, JEŻELI JEDNAK NIE BĘDZIE, TO WSZYSTKO SIĘ POWTÓRZY. NIE MAJĄ SPOSOBU, BY TO ZWERYFIKOWAĆ.

MC Signpost 4: Developing a Plan.
/EDGAR/Purpose: Actuality

— Co, jeśli w inny sposób opuszczę wyspę i odnajdę swoją przyszłą żonę?

— Nie ma pewności, czy będziesz pamiętał to, co się teraz stało. Jedno jest pewne: nic się nie zmieni, jeżeli nie użyjesz róży róży. Wciąż jest 50% szans, że odzyskasz to, co utraciłeś.

IC Resolve: Steadfast.
/EDGAR/Evaluation: Effect

— Nie wiem jednak wciąż, jak użyć róży.

IC Solution: Speculation.

— Może wystarczy ją rozbić? Twoja siostra powiedziała coś, że nie możecie mieć obydwu darów, jeśli chodzi o róże i potwory.

MI Theme: Evidence vs Suspicion.

MC Resolve: Change.
/EDGAR/Motivation: Consider

— Ale… rozbić? Zniszczyć różę?! Poza tym Ononyki powiedział, że można tego dokonać w miejscu bytowania Rinhaddari, a Movol jest zajęty przez dziesiątki potworów!

MC Solution: Perception.
/BöCKLIN/ Evaluation: Test

— To ty jesteś ostatnim Rinhaddari i bytujesz o tutaj.

MC Theme: Situation vs Circumstances.
/EDGAR/Methodology: Certainty

Edgar był zaskoczony i rozbił różę.

IC Signpost 4: Gathering Information (koniec epilogu).

Cała oberża spojrzała. Böcklin podniósł kawałki róży. Podszedł do niego Alexander Günther. Szwajcar nie wiedział, na co patrzy.

/GüNTHER/ Motivation: Logic
/GüNTHER/ Methodology: Probability

— Ostatnia godzina wydaje się, że przeleciała jak z bicza strzelił — zauważył Niemiec, wskazując na godzinę 00:01 na zegarze.

Szwajcar spojrzał na niego podejrzliwie:

— Arnold Böcklin.

/GüNTHER/ Evaluation: Trust
/GüNTHER/ Purpose: Aware

— Alexander Günther, jestem pana wielkim fanem!

MI Solution: Chaos.
/BöCKLIN/ Motivation: Uncontrolled

Szwajcar nie wiedział dlaczego, lecz patrząc na kawałki róży, poczuł niezwykłą inspirację, której szukał nadaremnie od lat.

/GüNTHER/ Motivation: Control
/GüNTHER/ Purpose: Ability

— Chętnie bym kupił od pana obraz.

MI Signpost 4: Innermost Desires.
/BöCKLIN/ Methodology: Possibility
/GüNTHER/ Evaluation: Theory

Böcklin miał wrażenie, że kiedyś gdzieś już to słyszał. Zgodził się i powiedział, że wyjeżdża z żoną i dziećmi do Czarnogóry, gdzie stworzy coś, co widzi ukradkiem myśli.

/BöCKLIN/ Evaluation: Hunch
/BöCKLIN/ Purpose: Desire
/GüNTHER/ Methodology: Inaction

Kupił trzecie piwo i sięgnął po portfel, żeby zapłacić, ale barman powiedział, że pewien dżentelmen, który przed minutą wyszedł, już za niego zapłacił; Arnold zauważa z dziwnego powodu, że ma tam czerwoną różę. Ktoś musiał mu ją wsunąć do kieszeni. Böcklin nie wie czemu, ale czuje z tego powodu wielką radość.

O ile nie zaznaczono inaczej, treść tej strony objęta jest licencją Creative Commons Attribution-ShareAlike 3.0 License