Sherrif's

Fale głębokie — rozdział II

[[include component:rate title=fale-glebokie-beta]]

Beta


— Panie doktorze, czy wszystko w porządku — zapytała oddziałowa.
Próbowałem zrozumieć niemożliwe. Byłem świadkiem wielu cudów na oddziale, czy to już za specjalisty, czy to jeszcze za rezydenta, ale to nie był cud. To nie była niewytłumaczalna remisja. To było coś innego. Wertowałem cały miniony dzień, nie zwracając uwagi na coraz dociekliwsze pytania pani Krysi. W moje kontemplacje wkradło się wrażenie, że pewnie wyglądam teraz jak katatonik, ale miałem to głęboko gdzieś, co, o dziwo, lekko mnie zaskoczyło, ale szybko wróciłem do myśli o niewyjaśnionym. Oczywiście najważniejsza była tajemnicza kobieta, która, do jasnej cholery, mnie zastrzeliła! Wcześniej wspomniała coś o Murrayu, aktorze znanym między innymi z… o nie… nie, nie, nie…

— Dzień pieprzonego świstaka — wymamrotałem z mieszanką bezsilności i przerażenia w głosie. Jednocześnie dotarło do mnie, że ślęczy nade mną już ordynator.
— Norbercie, czy wszystko z tobą w porządku?

— Jaki mamy dzisiaj dzień? — Niemalże wyskoczyłem z siedzenia ku obojgu obecnym w pokoju. — Dwudziesty pierwszy czerwca dwa tysiące siedemnastego roku, prawda?

Pielęgniarka i ordynator wymienili się wiadomymi spojrzeniami.

— Wiem, jak to brzmi. — Opuściłem głowę, nie wiedząc, co mam powiedzieć ani co mam zrobić. — Po prostu ja już ten dzień przeżyłem.

— Przeżyłeś już ten dzień? — powtórzył ordynator.

— No, niezupełnie, bo zastrzeliła mnie… — przestałem mówić w połowie zdania, doskonale w ostatniej chwili uzmysławiając sobie, jak właśnie wyglądam. Jak podręcznikowy przypadek schizofrenii, chodzący i pieprzący obłąkane rzeczy. — Ha!

Znów wymienili się psychiatrycznymi spojrzeniami.

— Planuję za jakiś czas… wziąć udział w konferencji dla neurologów z województwa… i chciałem… móc zaprezentować… to… jak zachowuje się schizofrenik! Dobrze mi poszło?

Pielęgniarka, westchnąwszy zniecierpliwiona, pospiesznie wyszła z pokoju, trzaskajac za sobą drzwiami. Ordynator natomiast przewrócił oczyma. Nie było mu do śmiechu. Był wpieniony bardziej niż zwykle. Po paru chwilach terapii milczeniem rzucił podniesionym głosem:
— Podczas gdy twoja pacjentka czeka na rozmowę ze swoim jakże zawsze zajętym neurologiem, ten w czasie dyżuru bawi się w aktorzysko! Czy to miało być zabawne? Czy ty, człowieku, masz nie po kolei w głowie? Co z tobą?!

— Przepraszam. — Opuściłem znów głowę. — Ostatnio przeżyłem coś traumatycznego i próbuję sobie z tym jakoś poradzić, a ta rola…

— Po prostu niech to się nie powtórzy, Norbercie. Teraz nie marnuj czasu mojego ani swojej pacjentki i idź robić to, za co ci płacimy. — Ordynator rozłożył ręce.

Były dwa wyjścia. Albo rzeczywiście zwariowałem, a tamto doświadczenie było tylko urojeniem, albo rzeczywiście to wszystko się zdarzyło. Nie mogłem tego zweryfikować, ale jedno było pewne. Jeśli istniał choć cień szansy, że to coś się naprawdę zdarzyło, miałem okazję zadbać o to, by tym razem nikt nie spieprzył mojego maila do Moniki. Skinąwszy głową bez słowa, po prostu wyłączyłem komputer; hasło do mojego profilu znane było tylko mnie, więc problem solved. Przed wyjściem z pokoju dobiegł mnie raz jeszcze głos ordynatora, tym razem w tonie o wiele spokojniejszym, wskazującym niejako niemałe zaskoczenie:
— Nie, żebym się na tym znał, ale całkiem wiarygodnie odegrałeś tę rolę.
— Dziękuję — rzuciłem na odchodne, po czym znów znalazłem się na korytarzu.
Wykorzystałem tę okazję, by rozejrzeć się za kobietą w granatowym garniturze. Nie było jej jednak. Minął mnie Rafał ze swoim głupim uśmieszkiem, ale nic nie powiedział. Był to typ tego kumpla ze szkoły, który ciągle resztę rozbawia. Ciągle ma głupoty w głowie. Nie miałem pojęcia, jakim cudem on mógł nie szkodzić osobom rzeczywiście chorym psychicznie, ale miałem teraz większe zmartwienia na głowie. Bez rumieńca i podekscytowania, które towarzyszyło mi ostatnio, zdusiłem klamkę i po chwili wszedłem do pokoju mojej pacjentki.

Siedziała na łóżku i zalewała herbatę.

— O, pan doktor. Herbatki?
— Podziękuję, pani Agnieszko
— To co, robimy jakieś badanie pewnie? — zapytała, odstawiwszy kubek z parującym naparem.

Zdawałem sobie sprawę z tego, że wydaję się zdystansowany. To nie był mój styl. Nawet będąc zdołowany, do pacjentów wychodziłem z uśmiechem i łagodą. Teraz jednak… właśnie zdawałem sobie sprawę z tego, jak to całe doświadczenie mnie zmienia, cały mój sposób bycia, nawet nie wiem, kim tak naprawdę jestem, skoro, do jasnej cholery, mogę w mgnieniu oka całkowicie się zmienić. Na skraju zatracenia się w filozoficznej kontemplacji tego wszystkiego z transu wyrwała mnie myśl, że mam okazję coś… sprawdzić.

— Pani Agnieszko, mógłbym prosić panią o położenie się jeszcze na chwilę? — Podszedłem do kobiety i włączyłem EEG. — Pomyślałem, że dzisiaj zadam pani po prostu kilka pytań, bardziej… filozoficznych? W zasadzie nie jestem pewien, jak je zakwalifikować.

— Ja już rozmawiałam z psychiatrami i całą resztą świrologów. — Dziewczyna uśmiechnęła się niezgrabnie, żeby mnie nie urazić. — Ale jeśli pan doktor nalega, to na pewno nie zaszkodzi mi odpowiedzieć na kilka rzeczy.

— Kompetentny świrolog to jak igła w stogu siana. — Przed oczyma wyobraźni przeleciał mi obraz Rafała. — Proszę się zastanowić. O co chciała mnie pani zapytać, nim tu przyszedłem?

Dziewczyna była lekko zbita z tropu, nie wiedziała, dokąd z tym dążę. Nie mogła wiedzieć.
— Nie pamiętam. Nie wiem, czy chciałam o coś zapytać. Może o to jak panu doktorowi minął dzień?

— Hm. Byłem przekonany, że gnębiło panią to, że ciągle ma pani ten sam sen, i chciała mnie zapytać o to, czy to normalne.

Przez moment pacjentka analizowała moją wypowiedź. Po paru chwilach jej źrenice się rozszerzyły, a usta zwiększyły delikatnie rozmiar. Pokręciła głową sama do siebie, jakby ktoś ją nagle bezprecedensowo obraził, i zaczęła głęboko oddychać, odwracając ode mnie spojrzenie na parę sekund.

Chciałem już powiedzieć, że żartowałem, ale oczywiście by to… nie odniosło dobrego rezultatu.

— Skąd może pan doktor wiedzieć o czymś, o czym przez sześć lat nikomu nie powiedziałam? — zapytała powoli z powagą, której nigdy bym od niej nie oczekiwał.

— Norbert. — Uścisnąłem jej rękę, po czym zerknąłem na ułamek sekundy na wypisany elektroencefalogram. — Widzisz, nie bez powodu wysłali cię do mnie.

— Mam jedno pytanie i jeśli nie odpowiesz, załatwię cię na cacy. — Dziewczyna oparła się o parapet, zdjąwszy i bylejako odrzuciwszy elektrody, po czym uśmiechnęła się z niezwykłą, zaraźliwą ekscytacją. — Jakie mam skreślić numery w totka?!

Krótko się zaśmiałem. Szczerze, wbrew nastrojowi, który, jak sądziłem, mnie opanował. Szybko jednak uderzył we mnie jeden wniosek, którego interpretację odłożyłem na chwilę na bok. Potwierdziłem, może nie w stu procentach, ale w dziewięćdziesięciu na bank, że już to przeżyłem. Uśmiech szybko zszedł mi z twarzy. Pozostawało mi znaleźć kobietę w garniaku i zgłosić ją do ochroniarza albo, lepiej, wezwać policję i niech ją, cholera, zastrzelą! A na pewno ją zatrzymają, skoro ma broń, chyba że może ją mieć…

BAM!

Drzwi się otwarły z hukiem. Do pokoju wkroczyła kobieta w granatowym garniturze. Natychmiast zamknęła za sobą drzwi. Miała wyraz zdenerwowania na twarzy.

— Ej! Kim pani jest?! — zawołała moja pacjentka. — Co pani sobie wyobraża?

Kobieta wyciągnęła z garnituru pistolet z tłumikiem, po czym wycelowała broń w moją pacjentkę.

Strzał energii w sercu. Moje ciało przesunęło się krok w prawo, zasłaniając Agnieszkę. Dopiero po chwili pojąłem, co zrobiłem, choć nie miałem pojęcia, dlaczego. Gdy wszystko do mnie dotarło, uniosłem drżące ręce i równie drżącymi wargami wymamrotałem:
— Dostaniesz wszystko, czego chcesz, ale proszę, nikogo nie krzywdź.
— Norbert! — Kobieta w garniaku przewróciła oczyma.
Wiedziałem, że mnie skądś zna. Nie byłem znanym lekarzem ani nikim w tym stylu. Żyłem cicho i nie szukałem w okresie dorosłości wrogów. Może była bliską kogoś, kto ucierpiał przez moje leczenie? Zajmowałem się cholerną medycyną snu, a nie operowaniem mózgów, za rezydenta przyjmowałem pacjentów jako neurolog w lokalnej przychodni; a…. za stażysty i za studenta… faktycznie doświadczyłem śmierci. Mówiono nam na początku nauki, że do końca studiów każdy z nas będzie miał swój własny cmentarzyk, ale… naprawdę? Jak inaczej mogłaby mnie znać?
— Nie znam pani — powiedziałem cicho.
— Czy widziałeś kiedyś, żeby rana postrzałowa zniknęła w ciągu pięciu minut, a pacjent czuł się, jak gdyby nikt go nie postrzelił?
Zamilknąłem. Teraz to było sto procent pewności. To było jak Dzień Świstaka. Ja pierdzielę!
— Co pani wyprawia? — Agnieszka się rozpłakała. — Co ja pani zrobiłam?
— Norbert — ponowiła kobieta w garniturze. — Proszę, żebyś mi zaufał i przyległ do ściany.

Krótkie zawahanie.
— Nie, nie, nie! — Agnieszka złapała mnie za jedną ręką, a drugą objęła za brzuch. Była rozhisteryzowana, czemu się nie dziwię. Płakała i błagała, żebym jej nie wystawił.

To mi łamało serce, ale… musiałem wiedzieć więcej. Musiałem… Chciałem jej zaufać. Była moim jedynym łącznikiem z rzeczywistością. Tylko ona. Tak mi się wydaje. Tylko ona wiedziała, co się dzieje. Odsunąłem od siebie Agnieszkę i spojrzałem na kobietę w garniaku.

A ona po prostu zdusiła spust. Nie było błysku, tylko krótki świst. Agnieszka uderzyła w kaloryfer z dziurą postrzałową w czaszce.

Zaniemówiłem. Rzuciłem się do niej, by zatamować wyciek krwi i udzielić pomocy, ale nim jej dotknąłem. Za plecami rozległy się dwa kolejne świsty, a potylicę dziewczyny przebiły dwa pociski. To był koniec, a ja nie umiałem z siebie nic wykrztusić. Opadłem na kolana, w miejsce, do którego spływała krew dziewczyny. Zabiłem ją. Norbert, ty pieprzony tchórzu, zamordowałeś tę dziewczynę! Ty tępy…

Poczułem ucisk na ustach i zapach skóry.
— Zabiłam ją tylko dlatego, że mamy mało czasu przed kolejnym resetem, a zapętlenie źle reaguje na uświadamianie innych o fakcie pętli czasowej.

Jakaś siła. Chyba ta sama, która przedtem przesunęła mnie w obronie dziewczyny, odsunęła ode mnie szok. Coś spowodowało, że jakby nigdy nic, wstałem i usiadłem na łóżku Agnieszki, z butami w kałuży jej krwi. Po prostu nagle dotarło do mnie, że podobna rzecz przytrafiła się mnie niespełna… może dwadzieścia minut temu. Ona usiadła obok mnie.
— Zapętlenie? — powtórzyłem. — Naprawdę to jest mój osobisty dzień świstaka? Pętla czasowa jak z filmów, że ilekroć umrę albo upłynie ileś tam czasu, wszystko się powtarza?
Kobieta powoli przytaknęła, biegając oczyma po pomieszczeniu, jakby szukając właściwych słów do opisania problemu. Widać było, że się jej spieszy, ale też musi coś w tym krótkim dostępnym czasie zrobić. Nie wiem, czy jej ufałem, ale czułem, że to chyba jedyna rozsądna rzecz do zrobienia.
— Pętla… to właściwie jeden przebieg… — zaczęła, po czym usiadła obok mnie. — Zapętlenie to nazwa na wszystkie pętle jakie mają miejsce dla jednej pinezki.
— Pinezki?
— Ach, żargon… Pinezka to… ty. Osoba, której śmierć albo dotarcie do końca pętli powoduje przejście do kolejnej w zapętleniu. To jest… nietypowe zapętlenie. Normalnie wymagają zwykle przeczekania sprawy. To jest… tak zwane Zapętlenie Rasmussen.
— No i wszystko jasne.
— Słuchaj, Norbert. Nie mam czasu na to, by wyjaśnić ci, jak konkretnie to zapętlenie działa, zrobię to kiedy indziej. Na tę chwilę musisz zacząć szukać wyjścia, bo to zapętlenie nie ma końca, a pętle ulegają skróceniu w czasie. Za trzy godziny albo cztery miesiące dojdzie do sytuacji, że zostaniesz uwięziony w jednej pozycji, która będzie się ciągle resetować, i nie będzie można nic zrobić, żeby ci pomóc.
Ukryłem przerażoną twarz w rękach.
— Im więcej osób wie albo zaczyna się domyślać istnienia Zapętlenia Rasmussen, pętle ulegają skróceniu
— A skąd ty o tym wszystkim wiesz?
— Reprezentuję… podmiot z interesem w tym, żeby rozwiązać tę pętlę, a żeby tego dokonać, potrzebujemy twojej pomocy… Uprzedzę pytania: nie, nie mam czasu, by o nas opowiadać, ale to i tak by ci w niczym teraz nie pomogło. Reset w twoim przypadku trwa pół godziny według naszych obliczeń. Nie masz dużo czasu i każda minuta jest na wagę złota.
— Skoro tak dużo wiesz, czemu ty tego nie zrobisz?
— Bo nasza technologia nie umożliwia mi znalezienia… wyłącznika. Jest prototypowa, nowoczesna, ale nadal zbyt prymitywna w radzeniu sobie z anomaliami czasowymi. Mogę jednak zapewnić ci środki, żeby wyłącznik zniszczyć, czymkolwiek on nie jest. Jego zniszczenie to jedyny znany nam sposób na to, by Zapętlenie Rasmussen się rozwiązało. Jednakże musisz być pewny wyłącznika, bo jeśli użyczymy ci środków, to, co zrobimy, spowoduje kilkukrotne przyspieszenie zapaści Zapętlenia, skrócenie pętli i tak dalej.
— Jak go znaleźć?
— To jedyny obiekt, przedmiot fizyczny, nigdy nic organicznego, który przy każdym resecie zmienia pozycję. Z tego, co wiemy, znajduje się na tym piętrze szpitala, tak przynajmniej dotychczas bywało, że znajdował się na piętrze, na którym resetowała się pinezka.
— Matko! Mam przeszukać CAŁE to piętro?! Wszystkie sale, gabinety, toaletę i tak dalej?!
— Właśnie dlatego tak zależy mi na czasie. Wyłącznik zwykle ma jednak jakieś znaczenie dla pinezki. Pewne sentymentalne, jakieś przywiązanie emocjonalne. Choć może to być po prostu jakieś skojarzenie przedmiotu ze wspomnieniem o wysokim ładunku emocjonalnym. Wytężaj wzrok i szukaj.
— Jak długo już jestem w tym zapętleniu?
— Nie wiemy, która to pętla, stąd moje dziwne zachowanie w ostatniej, gdy próbowałam ci coś unaocznić… wiemy jednak, że ta sytuacja ma miejsce od czterech dni. Pinezki zwykle nie zdają sobie z tego sprawy, chyba że doświadczą czegoś traumatycznego.
— A ona? — Wskazałem głową utopione we krwi ciało Agnieszki. — Będzie to wszystko pamiętała? Będę musiał wprowadzić ją w sen, żeby nie przeszkadzała?
— Ona nie jest pinezką, Norbert. Ty jesteś. Tylko ty i wyłącznik się nie resetujecie, a to wokół was wszystko inne się resetuje. Ona za parę minut obudzi się z przeświadczeniem, że właśnie zakończyła badania. Dobra, czas ruszać. Sugeruję zrobić jeszcze jeden reset, skoro zostało nam… —Spojrzała na zegarek. — Sześć minut, może mniej. Sugeruję, żebyś przeszedł się po wszystkich salach, może zacznij od tych dla ciebie najważniejszych i zanotował gdzie, co jest. Znajdziemy tego sukinkota i zostaniecie wszyscy uwolnieni spod Zapętlenia.
Powstałem i wyjrzałem za okno. Dopiero teraz do mnie dotarło, jaki świat jest piękny. Teraz, pod koniec mojej normalnej egzystencji. Usłyszałem, jak ona do mnie podchodzi. Obróciłem się ku niej.

— Nikola. — Wyciągnęła rękę, którą uścisnąłem. — Jeżeli będziesz chciał ze mną pomówić, znajdź dowolny telefon, wybierz zero, nie czekaj na sygnał i powiedz moje imię.

Kobieta ponownie skierowała we mnie pistolet. Tym razem w moje czoło.

— Ni-ko-la…

Zobaczyłem tylko zduszenie języka spustu.


Zapętlenie Rasmussen, zostało odkryta przez dr Helvig Rasmussen, duńską badacz z Sekcji Fizycznej BAN, w roku 1929. Zapętlenie wiąże się z przejściem przez dany obszar fali energetycznej (FDT, fala destabilizacyjno-temporalna) wywołanej kontaktem anomalii destabilizacyjnej z temporalną, ale tylko w takich przypadkach, gdy anomalia destabilizacyjna może wpłynąć na czas, a temporalna może zdestabilizować rzeczywistość, np. poprzez zwykłe pętle. Fala taka zostaje ściągnięta przez jakiś obiekt nieożywiony znajdujący się w pobliżu człowieka o najbliższej fali sygnaturze energetycznej i w ten obiekt się zapada z biegiem czasu. Okres resetu zależny jest od promienia fali oraz jej mocy. Uświadamianie innych znajdujących się w promieniu fali w chwili „ściągnięcia” prowadzi do szybszego zapadania się fali, aczkolwiek dotąd nie stwierdzono, dlaczego tak się dzieje. Badania pozwoliły jednak na opracowanie metodologii kontaktowania się z pinezkami. Reset może nastąpić także z chwilą śmierci pinezki.

O ile nie zaznaczono inaczej, treść tej strony objęta jest licencją Creative Commons Attribution-ShareAlike 3.0 License